Chciałbym Wam dzisiaj zdradzić, jak to się stało, iż zacząłem się pasjonować szachami. To dla mnie miła sprawa, ponieważ wiąże się z moją rodziną.
Po raz pierwszy widziałem szachy w trakcie rodzinnej wizyty u dziadków. Miałem chyba sześć latek. Pamiętam, że były święta, za oknami prószył śnieg i było bardzo zimno. W domu dziadków oczywiście panowała ciepła atmosfera, czekały różne placuszki i babciny sok z truskawek. W pewnym momencie zauważyłem, iż mój ojciec siedzi z dziadkiem, chociaż wcale nie się nie odzywają, jedynie przestawiają po planszy jakieś niezwykłe figury (wówczas umiałem grać wyłącznie w nieśmiertelne bierki). Nic z tego nie zrozumiałem, tym bardziej nie wiedziałem, dlaczego wówczas dziadek triumfował.

Dziadek najwyraźniej zauważył moją konsternację – może też już wówczas myślał, że szachy (najlepszy sklep chess shop) mogą mi się spodobać. Od tamtego dnia często uczył mnie zasad gry. Gdy zacząłem trochę się orientować w grze, zaczęło mi to sprawiać większą radość, zatem graliśmy niekiedy całymi dniami. Oczywiście stawałem się coraz pewniejszym graczem, a ojciec, który grał raczej rzadko, nie miał potem ze mną szans. A dziadek cieszył się wówczas podwójnie, bowiem nauczył mnie rozsądnie obmyślać ataki, dzięki temu wreszcie zyskał przebiegłego adwersarza.
Pamiętam też, jak niesłychanym przeżyciem było to, gdy na którąś rozgrywkę dziadek przygotował własne zegary szachowe. Wyobraziłem sobie wówczas, jakbym grał w międzynarodowym turnieju z arcymistrzem. A na me dwunaste urodziny odwiedziliśmy bardzo wiekowy sklep z szachami, w którym sprzedawał pan jeszcze starszy od mego dziadka (myślałem, iż miał pewnie ponad sto lat). Dziadek kupił mi czarny komplet, bardzo cenny. Mam go do dziś i zawsze przypomina mi dziadka.